melcia.blog.pl
Żegnam.....
Chciałabym Wam wszystkim podziękować za to, że zechcieliście przeczytać to co napisałam. Mam nadzieję,że chociaż kilku osobom z Was dałam trochę do myślenia. Mam nadzieję,że cieszycie się miłością i potraficie dostrzec jej piękno nawet w najgorszych momętach...
To co przeczytaliście na tym blogu jest tylko niewielką częścią tego co tak naprawdę miałam do przekazania. Niestety brakuje mi czasu na dalsze jego prowadzenie.Od jutra zaczynam kolejny dzień na studiach. Psychologia to to co sobie wymarzyłam, a pięknie jest wiedzieć, że marzenia się spełniają. Cały czas czuję jakoś pomoc z góry...być może Kamil stał się moim aniołem...
Chciałabym Was pożegnać i prosić o jedno...kochajcie i nie wstydźcie się mówić "kocham"...
Żegnam Magda/melcia/
by melcia | 2004-09-30 20:25:04 | skomentuj! (54)
30 wrzesień 2004 r.
Jakie są nasze ścieżki pamięci? Gdzie się kończą? Czy one w ogóle się gdzieś kończą? Ja nie potrafiłam zapomnieć o tym co się stało.Z czasem stawało się to jednak dla mnie coraz normalniejsze. O ile można się pogodzić z taką tragedią...to ja to zrobiłam. Dalej pozostawał żal, smutek...nie było juz jedynie złości. KOchałam go...nawet teraz kocham.On dał mi wszystko czego pragnęłam, spędziliśmy ze sobą te lata,z miłością jakiej niektórzy nie doświadczyli przez całe życie.A później on odszedł...Dziś choć minęlo już tyle lat nadal jestem sama, ale cały czas czuję tą miłość, czuje obecność czegoś, co daje mi sile by być kim jestem. On zostanie we mnie na zawsze,a wspomnienie jego uśmiechu gości w mojej głowie kiedy tylko tego potrzebuję. Zawsze będę pamiętać o cudzie jakiego doświadczyłam...tym cudem było to że go poznałam, kochałam, cierpiałam...

by melcia | 2004-09-30 20:15:38 | skomentuj! (6)
18.02.2001r. 1rocznica jego śmierci...

Stanęłam nad jego grobem.Położyłam kwiaty.Wszędzie ten zapach,zapach rozpaczy i zniczy.Jego nagrobek pokrywał śnieg.Było mi zimno w ręce, czułam jak ziąb przenika do samych kości.Otarłam tablice nagrobną i przeczytałam...to wszystko co tak dobrze wiedziałam.Wiedzialam kiedy ma urodziny...kiedy MIAŁ urodziny.Nawet pamiętam co dostał ode mnie na ostatnie,ostatnie które spędziliśmy razem.
Zastanawiałam się co mu powiedzieć.Odetchnęłam głęboko i zamknełam oczy. Stanął mi przed nimi i tak bardzo czułam jego obecność...
Kocham Cięnie pamiętam teraz czy powiedziałam to na głos,czy po prostu pomyślałam tak, w gruncie rzeczy nie wiedziałam tego nawet wtedy.
Tak bardzo za tobą tęsknię skarbie.Tyle czasu już minęło, a ja nadal czuję dotyk twoich dłoni,pamiętam jak patrzyłaś mi w oczy,jak do mnie mówiłeś i jak bardzo kochaleś.Oddałabym wszystko gdybym mogła się do ciebie choć raz jeszcze przytulić,coć raz powiedzieć ci,że jesteś,byłeś i bedziesz dla mnie wszystkim.
Otworzyłam oczy,zmówiłam modlitwę,zapaliłam znicz,szepnęłam jeszcze raz Kocham Cię,a z oczu popłyneły mi łzy,które spadając wbiły się w śnieg,roztapiając go.Przycisnęłam rękę do ust, a później dotknęłam nią imienia wyrytego w tej zimnej płycie...odeszłam nie oglądając się za siebie...
by melcia | 2004-07-08 21:45:03 | skomentuj! (27)
Powrót 17.02.2001
Stanęłam na jednym z peronów Krakowskiej stacji PkP.Rozejrzałam się w około. Wszystko było takie znajome, takie moje.Wspomnień mi nikt nie zabierze...pomyślałam.Chwyciłam za ucho walizkę i poszłam. Szłam ulicami miasta z którymi wiązał się mój cały mały świat, świat dzieciństwa, świat w którym dorastałam,kochałam i cierpiałam.Kraków, on jeszcze nigdy nie pachniał tak jak wtedy.W powietrzu unosił się chłodny zapach wspomnień,promieni słońca i deszczów łez..to wszystko przed czym uciekłam kilka miesięcy temu.
by melcia | 2004-07-08 21:18:19 | skomentuj! (1)
1luty 2001
W tym dniu tak wiele do mnie dotarło.Życie biło mnie cały czas, a każde uderzenie uczyło mnie pokory. Wiedziałam,że jestem tylko jednym malutkim pionkiem w grze o niewiadomo jaką stawkę.Klęczałam w ławce,przed oltarzem we wrocławskiej Katedrze.Jakaś wielka ręka spoczęła na moim ramieniu, odwróciłam się i zobaczyłam twarz człowieka,księdza w podeszłym wieku, człowieka który nie pytał "dlaczego?", tylko chciał słuchać,tyle że ja nic nie opowiadałam...nie mogłam mówić przez łzy...
by melcia | 2004-06-17 23:03:34 | skomentuj! (8)
Tęsknota nieskończona...
Tęskniłam za nim, coraz bardziej i ciągle od nowa. Kiedy wydawało mi się,że pogodziłam sie z jego odejściem, kiedy myślałam, że będę w stanie ułożyć sobie życie, musiało się zdarzyć coś co przypominało mi o nim i o tym uczuciu, które wciąż się we mnie tliło.Byłam sama, biłam się z moimi myślami, nie potrafiłam spojrzeć na innego mężczyznę,a przecież wiedziałam, że Kamil nie wróci, on umarł, a ja nie potrafiłam go pochować.Trwał we mnie i czułam jego obecność, choć nie moglam go dotknać...tak bardzo brakowało mi jego dłoni.
by melcia | 2004-06-17 20:37:26 | skomentuj! (3)
Żyć tak,aby żyć dla innych...
Nie miałam ochoty trwać w bezczynności. Znalazłam pracę na kilka miesięcy.
Mama dzwoniła. Była szczęśliwa z ojcem. Cieszyłam się jej szczęściem i już nie miałam wyrzutów sumienia, że ją zostawiłam. Dla nich to lepiej, że wyjechałam. Trudno mi było określić na ile uczucie ojca jest prawdziwe jednak wiedziałam, że „stara miłość nie rdzewieje”. Mama zaufała mu drugi raz. Modliłam się o to, aby ich szczęście trwało jak najdłużej.
Moim marzeniem było pójść na studia. Psychologia stała się kierunkiem, w którym chciałam dążyć. Po godzinach pracy…anatomia człowieka, rachunek prawdopodobieństwa, książki, to teraz było moim życiem. Uczyłam się, bo wiedziałam, że musze to zrobić, musze uczyć się dla siebie i musze uczyć się dla tych wszystkich ludzi, którzy być może będą potrzebowali mojej pomocy. Ja przeżyłam stratę bliskiej osoby, załamanie, depresję, próbę samobójczą, wiedziałam, że jest więcej takich ludzi, ludzi, dla których świat przestał istnieć z tej, lub innej przyczyny… a mały promyk nadziei zgasł, być może na zawsze. Czułam potrzebę ingerencji i pomocy, czułam, że być może gdyby ktoś z impetem wkroczył wcześniej w moje życie…wszystko potoczyłoby się inaczej…

by melcia | 2004-05-25 20:18:23 | skomentuj! (7)
Sylwester 2001
W mojej głowie pustka i ten dziwny spokój. Chociaż za oknami ludzie świętowali nadejście Nowego Roku ja byłam za bardzo pogrążona w pustych myślach, by to dostrzec. Czułam,…tak szczerze to nic nie czułam, choć próbowałam. Powoli zamykałam oczy, a wtedy widziałam Kamila, nie chciałam ich otwierać jednak robiłam to odruchowo. Wydawało mi się, że już nikogo nie potrafię kochać, nawet on zacierał się w otchłani minionych dni, miesięcy, lat…Na stoliku szampan, dwa kieliszki- dwa dla mnie niestety… za oknem mróz…pierwszy Sylwester bez niego…
by melcia | 2004-05-03 23:43:11 | skomentuj! (10)
30-12-2000r **rano....**
Ja ciągle pogrążona w żałobie…a inni się mieli zamiar bawić. Wrocław aż huczał od przygotowań do imprez, balów, prywatek… W ten wieczór nie chciałam siedzieć sama w domu. Poszłam na zakupy…kupiłam sobie parę ładnych, młodzieżowych rzeczy, bo przecież miałam zaledwie 20 lat. Zapomniałam o tym…przez ostatnie miesiące zachowywałam się jak stara wdowa…czułam się wdową, ale w tym dniu znów poczułam się przede wszystkim młoda kobietą.
by melcia | 2004-04-29 19:21:20 | skomentuj! (1)
Sama, ciągle sama.....
Noc. Kolejna noc w moim nowym, pustym mieszkaniu. Leżałam na łóżku, patrzyłam w sufit i myślałam. Myślałam, co zrobić ze swoim życiem. Ciągle nie mogłam znaleźć pracy. Z moim wykształceniem …po prostu nie było dla mnie pracy.
Pierwszy raz od bardzo długiego czasu poczułam, że brakuje mi mężczyzny. To, że brakowało mi Kamila jest oczywiste, jednak wtedy czułam tak silna potrzebę przytulenia się do kogoś, jego obecności, bliskości. Samotne spacery po wrocławskim rynku, Ostrowie Tumskim…wiedziałam, że też byłby zachwycony ich urokiem… Tak bardzo bolało mnie, kiedy uświadomiłam sobie, że nie chcę być resztę życia sama,…ale będę musiała, bo nie dochodziła do mnie wiadomość, że mogę być z kimś innym niż on.

by melcia | 2004-04-29 18:17:30 | skomentuj! (1)
27 grudnia 2000 r. Kolejne dni w obcym mieście...
Doprowadziłam mieszkanie do stanu urzyteczności.Trudno mi było. Nie znałam tu nikogo, ani niczego...
Miasto było czarujące. Zawsze myślałam, że inne nie mogą równać się z Krakowem. Kochałam go, gdy byłam z Kamilem. Odkąd jego zabrakło również i Kraków stracił swój urok i radość. Był moim domem, gdy on tam był, teraz stał się tylko wspomnieniem, pięknych i trudnych chwil, jednak za bardzo sentymentalnych żeby do nich wracać.

Starałam się, żeby Wrocław stał się i moim miastem, które co prawda przywitało mnie samotnością, ale także i nadzieją na lepsze jutro, na szczęśliwe chwile, o których mogłam wtedy tylko pomarzyć…
by melcia | 2004-04-29 17:32:13 | skomentuj! (0)
Wrocław przywitał mnie...samotnością.
Wyjechałam. Pierwszy raz w życiu byłam naprawdę sama, chociaż nie pierwszy raz się tak czułam. Odkąd moje walizki stanęły na jednym z peronów wrocławskiego Dworca Głównego zdałam sobie sprawę z tego, że teraz muszę być całkowicie samodzielna. Odnalazłam ulice, przy której stał blok…blok, w którym kiedyś mieszkała moja babcia. Nigdy nie sprzedała mieszkania, zawsze było przeznaczone dla jej jedynej wnuczki…dla mnie. Otworzyłam drzwi drżącą ręką. Dawno tu nie byłam…- pomyślałam -jakieś 7 lat. Aż trudno uwierzyć, że stało puste tyle czasu. Na szczęście rodzice uregulowali wszystkie płatności i od tamtej chwili moją jedyną radością było to, że mam swój własny kąt, a później się wszystko zaczęło od nowa… chciałam żyć i nie myśleć o przeszłości. Od następnego dnia zaczęłam szukać pracy.
by melcia | 2004-04-29 17:17:03 | skomentuj! (1)
***13 grudnia 2000r.***Wspomnienia i słowa pełne nadzieji na lepsze jutro...
Odwiedziłam ich…odwiedziłam dom, który miał być moim domem i ludzi, którzy mieli być moimi rodzicami. Chciałam sie pożegnać,a walizki leżały spakowane w moim pokoju i czekały na podróż,na wyrwanie się z matni,na lepsze jutro ...

Pani Maria, bo tak miała na imię Kamila mama przywitała mnie ciepło. Ja czulam, że nie jestem dla niej zwykłą znajomą, która przychodzi w odwiedziny. Łączyła nas jedna ważna rzecz- oby dwie kochałyśmy Kamila. W sumie czułam się u niej jak u siebie w domu. Często tam przebywałam jeszcze zanim…zanim to się stało.

Długo rozmawiałyśmy …Wspominałyśmy Kamila, opowiadała mi różne śmieszne historie z okresu jego dzieciństwa…oglądałyśmy zdjęcia. Nagle w jej oczach pojawił się ten smutek…ten sam, który widziałam już milion razy wcześniej i dobrze wiedziałam, co on oznacza. Po jej policzkach zaczęły płynąć łzy. Ja nie płakałam…czułam, że nie mam już siły. Przytuliłam ją, ale nie pocieszałam. Z własnego doświadczenia wiedziałam, że to nie ma sensu. Szybko otarła krople spływające po twarzy. Uśmiechnęła się i powiedziała słowa, które zapamiętam do końca życia…

by melcia | 2004-03-24 19:55:40 | skomentuj! (4)
***12 grudnia 2000r.*** Musialam to zrobić...
Dziesięć miesięcy, dziesięć długich miesięcy minęło od wypadku, a każdy z nich piętnował te wszystkie wyniszczające, prowadzące do choroby uczucia. Minęło dużo czasu aż przestałam płakać…za Kamilem, za jego stracona młodością…za nami. Właśnie MY, to, co chcieliśmy, czego pragnęliśmy, o czym marzyliśmy, rozpadło się w jednej krótkiej chwili, na drodze Zakopane- Kraków, a przecież to właśnie MY mieliśmy trwać zawsze przy sobie. Tak…mieliśmy, jednak los chciał inaczej. A ja chciałam mieć z nim rodzinę, dzieci, chciałam starzeć się z nim i patrzeć jak rosną nasze wnuki i być z nim, być z nim, aż do śmierci, która jednak przyszła o jakieś 50 lat za wcześnie.
Zostałam bez niego, ale straciłam również siebie. To dziesięć miesięcy wyrwanych z życiorysu, a każdy wyglądał tak samo. Nie myślałam o nauce, nie myślałam o zabawie, nie myślałam o niczym poza tym, co się stało. Dwadzieścia lat przemknęło koło nosa niepostrzeżenie, a ja byłam nikim. Obdarta z marzeń, bez chęci robienia czegokolwiek. Właśnie 12.12.2000r postanowiłam wyjechać. Spakowałam walizkę, wszystko to, co jeszcze w jakiś sposób należało do mnie… „mnie”, którego praktycznie nie było…

by melcia | 2004-03-17 19:38:52 | skomentuj! (5)
***14 listopada 2000r.***
Byłam w domu od tygodnia. Ciągle snułam się z jednego pomieszczenia do drugiego nie wiedząc za bardzo, co mam ze sobą zrobić. Jeszcze ojciec plątał się, co chwile obok mnie. Nie mogłam na niego patrzeć, a szczególnie mocno nie mogłam znieść tego, że był taki…idealny. Szkoda, że dopiero teraz. Dla mnie nadal pozostawał obcym mężczyzną. Matka go przyjęła z powrotem po tym jak zostawiła go druga żona… Mama nie chciała być sama, wiedziała, że ja prędzej czy później odejdę, będę mieszkać z kimś innym, gdzieś indziej…jeszcze wtedy nie przypuszczałam, że nastąpi to tak szybko…

by melcia | 2004-03-01 18:26:18 | skomentuj! (5)
Szuflada…pełna wspomnień o Tobie. ***7 listopada 2000r.***
Ciężko mi było. Z każdym dniem czułam coraz większe przygnębienie. Już myślałam, że będzie dobrze, że pogodziłam się z myślą, że jego nie ma…i nie będzie, nie wróci... Znalazłam pamiętnik, ostatnią rzecz, którą chciałam widzieć. Bałam się go otworzyć…bałam się wspomnień i bałam się łez. Już tyle miesięcy minęło. Tyle długich smutnych dni, a każdy wydawał się być wiecznością. Zdałam sobie sprawę z tego, że jestem skazana…skazana na samotność. Musiałam nauczyć się żyć tym, co mi zostało…resztkami siebie, swojego życia, swoją zniszczoną do granic możliwości osobowością. To, co zdawało się być moim „JA” było tak naprawdę „ja” cierpienia, bólu, samotności…mój umysł był jałowy na szczęście. Nie potrafiłam go dostrzec. Wiedziałam już, że musze żyć…jednak nie wiedziałam jeszcze JAK….


by melcia | 2004-02-26 16:54:55 | skomentuj! (3)
***Powrót do domu, życia, do normalności...*** 1 listopada 2000r***
Cały czas... tak długo, tak bardzo długo, widziałam tylko swoje cierpienie. Użalałam się nad sobą, przeklinałam los. Nie mogłam skupić myśli na niczym innym jak tylko na bólu…moim bólu. Przejrzałam na oczy. Nie byłam sama. Nigdy nie można myśleć, że jest się samym. …Wokół mnie było tylu cierpiących ludzi, każdy na swój niewyobrażalny sposób. Wyszłam ze szpitala, wróciłam do domu zabierając ze sobą jej historię. Współczułam jej, bo wiedziałam jak to boli…, ale to dzięki Karolinie nauczyłam się żyć od nowa…
Ojciec przywiózł mnie do domu. Nadal go nienawidziłam. Patrzyłam na niego z odrazą, bo dla mnie był mordercą…mordercą uczuć i młodości mojej mamy. On już raz ją obdarł z marzeń, dziwiłam się, że pozwoliła mu wrócić.
Mój pokój, pełen wspomnień. Na biurku zdjęcie Kamila… uśmiechnęłam się do niego, obiecałam, że będę silna i zaczęłam żyć…od nowa…


by melcia | 2004-02-18 17:46:55 | skomentuj! (5)
Tak łatwo zniszczyć życie innych i swoje...
Kochała ich obu…nie potrafiła zrezygnować z żadnego. Oszukiwała ich. Przypadek sprawił, że będąc z Konradem poznała Jacka. To było w Karpaczu…tak przypadkiem ich drogi się zeszły. Nic ich nie łączyło…z początku. Po powrocie do Krakowa utrzymywali sporadyczny kontakt. Po pewnym czasie zaczęła zauważać, że to już nie jest zwykła znajomość. Za bardzo jej zależało…Wiedziała, że zrani ich tym bardzo, a siebie samą wyniszczy powoli. Nie wiedziała jednak, że swoją miłością i niezdecydowaniem oprócz swojego, zniszczy również życie tylu innych ludzi…
Odkąd poznałam Karolinę,przewijała się ona przez moje życie bez ustanku...tak jest do teraz.
by melcia | 2004-01-30 12:45:43 | skomentuj! (5)
*** 31października 2000r.***Nie byłam sama...zrozumiałam to kiedy ją poznałam
Chciałam o tym zapomnieć, nie o Kamilu, ale o cierpieniu, jakie mi zadał los. Chciałam żyć normalnie, albo umrzeć, ale raczej umrzeć, bo nie mogłam żyć bez niego. W tym moim egoistycznym podejściu do życia myślałam, że tylko ja cierpię… Wtedy poznałam ją… Piękną dziewczynę. Miała długie ciemne włosy, niebieskie duże oczy…nigdy jej nie zapomnę.Te oczy takie smutne…przeszklone, jakby cały czas płakała. Przechodziła od pewnego czasu, kilka razy dziennie przez szpitalny korytarz. Kiedyś weszła do tej ponurej sali, bo płakałam. Byłam sama i płakałam, tak bardzo, że nie pozwoliło jej to przejść obojętnie…rzadko się spotyka takich ludzi.
Miała na imię Karolina. Rozmawiała ze mną, opowiadała o sobie. Sama tego chciałam, bo dostrzegłam, że jest ona równie nieszczęśliwa jak ja. W tedy pierwszy raz zauważyłam cierpienie drugiej osoby, być może dlatego ,że ono tak niewyobrażalnie z niej promieniowało, a ona choć chciała nie mogła tego ukryć. Oczy…jej oczy mówiły wszystko…

by melcia | 2004-01-25 11:46:58 | skomentuj! (1)
Kochałam go...tak bardzo go kochałam, a jednak nadal nie mogliśmy być razem…
Leżałam i patrzyłam w sufit. Ta szpitalna sala mnie dobijała, przerażała i przytłaczała. Szare ściany, świat za oknem… i tak mogłam go widzieć tylko kontem oka. Chciało mi się płakać. Nadal nie mogłam się poruszyć. Czułam się okropnie. Odczuwałam tak wielki ból, że wolałam nie wykonywać choćby najmniejszego ruchu ręka.. Ból psychiczny był gorszy… szkoda,że nie mogłam przestać myśleć….
Bezczynnie „wegetowałam”, nie chcąc żyć, myślałam już nad kolejnym sposobem na to, aby w końcu uwolnić się od tego cierpienia. Czułam się winna, że jeszcze żyje, bez niego…bez Kamila. Wydawało mi się, że za rzadko, za mało mówiłam mu jak bardzo go kocham. Gdybym wiedziała, że wtedy, kiedy wyjeżdżali widzę go po raz ostatni, powiedziałabym mu jak bardzo go kocham, ile dla mnie znaczy i jak bardzo mój świat bez niego nie ma sensu, a nie zakładałabym głupio, że on o tym wie. Żałuje teraz każdego dnia, w którym zabrakło czasu na jeden dotyk, słowo, pocałunek, uśmiech… Nie doceniałam chwili, która stała się naszą ostatnią...

by melcia | 2004-01-12 23:02:51 | skomentuj! (3)
28 października 2000r. Umierałam powoli...
Czułam się okropnie. Z każdą godziną było mi coraz ciężej. Nie mogłam myśleć o niczym, nie mogłam się poruszyć, nic nie mogłam. Było mi niedobrze. Czułam w organizmie jeszcze te trujące związki i byłam wściekła!....Wściekła, że mnie one nie zabiły.
Nie potrafiłam wybaczyć mamie, że mnie znalazła, lekarzom, że mnie przywrócili do życia, ojcu, że wrócił, Kamilowi, że odszedł i nie wziął mnie ze sobą. Chciałam wyrwać sobie te kroplówki, to wszystko, dzięki czemu wracałam do tej podłej, szarej rzeczywistości…nie mogłam, bo cały czas ktoś był przy mnie. Psychiatra, psycholog, pielęgniarki, lekarze, mama…oni wszyscy próbowali mi pomóc, a ja traktowałam ich jak najgorszych wrogów.
Ojca nie chciałam znać, pojawił się nie wiadomo skąd, nie wiadomo, dlaczego, i po co…nienawidziłam go tak mocno ze trudno to opisać. Mama, kobieta tak bliska mojemu sercu, której tak wiele zawdzięczałam, stała się „wrakiem”, wyniszczona przeze mnie, przez to, co się stało…nie chciałam jej krzywdzić, ale też nie potrafiłam postąpić inaczej.
Życie za bardzo bolało…czułam, że to wszystko, co we mnie siedzi, te wszystkie uczucia, wspomnienia…wszystko się rozpadło. Na gruzach mojej osobowości pozostał tylko płacz, nie potrafiłam odnaleźć siebie.
Do teraz nie potrafię wybaczyć sobie mojego egoistycznego zachowania, nie mogłam myśleć o niczym innym jak tylko o chęci odejścia z tego świata.
Teraz wiem, że próbując odebrać sobie życie, krzyczałam, krzyczałam z rozpaczy, samotności, bólu, wściekłości, bezsilności…..A potrzebowałam tylko pomocy, pomocy, która otrzymywałam, ale której nie dostrzegłam…

by melcia | 2003-12-30 14:41:49 | skomentuj! (2)
Po 17 latach powrócił,ja potrzebowałam na to 3 dni...26 października 2000r
Tato…a kto to jest? Dla mnie był nikim. Mama zawsze powtarzała, że nas skrzywdził. Ja o tym wiedziałam tak dobrze jak i ona tyle, że to były dwa różne wymiary krzywdy, jaką nam wyrządził. Ja jako dziecko nigdy nie doznałam ciepła i miłości z jego strony, ona- pomocy i wsparcia. Kiedy nadchodziły święta nigdy nie przebrał się za św. Mikołaja jak to robili ojcowie moich koleżanek, a ona nigdy nie dostała od niego, chociaż najmniejszego prezentu. Nigdy nie odczułam, co to ojcowska zazdrość, kiedy pojawia się w życiu „jego małej córeczki” kochający mężczyzna, nigdy mnie nie pocieszył, ani ze mną nie rozmawiał…niby takie błahostki, jednak i tego mi brakowało. Często myślałam o tym jak on wygląda. W mojej głowie widniał tylko zarys szarej odchodzącej postaci, wysokiego,przystojnego mężczyzny...i płacz- 3 letniej dziewczynki, która nie zdawała sobie z niczego sprawy i jej matki…która bezsilnie patrzyła nic nie mogąc zrobić. Nie miałyśmy z nim od tamtej pory żadnego kontaktu. Jego po prostu nie było. Nigdy!…Aż nagle się pojawił….W tym dniu powróciłam z "zaświatów" nie tylko ja,budząc się w Krakowskim szpitalu po trzech dniach śpiączki, ale również i on,powracajac po 17 latach nieobecności....
by melcia | 2003-12-28 18:29:26 | skomentuj! (0)
23 października 2000(czwartek)
Miałam dosyć cierpienia, każdy dzień zaczynał i kończył się tak samo…moimi łzami. Użalałam się nad sobą, a trzeba było żyć dalej-wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam. Zawsze, kiedy myślałam, co ze mną bedzie , przed moimi oczami widziałam Kamila i wtedy właśnie docierało do mnie, że już nic nie będzie...Wtedy zostało po mnie tylko setki, a nawet tysiące wspomnień. Wszystko poświęcałam myśl, że on był kiedyś blisko. Kiedy tak było wiedziałam i czułam, że mam już wszystko, co jest mi potrzebne do życia i szczęścia. Nie potrafiłam wyrwać się z plątaniny wspomnień i uczuć tak słonych i gorzkich od łez. W końcu zdałam sobie sprawę z tego, że to, co było już nie wróci,…po co było męczyć przez tyle czasu siebie i wszystkich wokół?Prościej było odejść…Siedziałam u mnie w pokoju, a w domu nikogo nie było. Wyciągałam po kolei tabletki z pudełka i układałam z nich rząd…Łzy spływały mi po policzkach i kapały na stół. Tabletek było najpierw dziesięć później dwadzieścia, trzydzieści….Patrzyłam i brałam je po kolei. Połykałam,a rządek zmniejszał się z każdą chwilą, tak jak moja świadomość. Nie pamiętam, co było dalej, wiem, że ostatnia moją myślą było, że moje życie skończyło się już dawno, ja tylko dokonałam formalności…Na pogrzebie Kamila wiedziałam, że jest to tez mój pogrzeb, nie wiedziałam tylko, że mój pogrzeb stałby się pogrzebem mojej mamy…
by melcia | 2003-11-24 09:23:57 | skomentuj! (1)
21 października 2000r.
- Czy mogę rozmawiać z Magdą?- Usłyszałam męski głos w słuchawce
-Przy telefonie, słucham- odpowiedziałam zdziwiona
-Cześć Madziu przykro mi, że tak wyszło wtedy-zrozumiałam…to był Bartek - może byśmy spróbowali jeszcze raz…
Chłopak wydawał mi się jak najbardziej meczący. Nie docierało do niego, że nie mam ochoty na jakiekolwiek znajomości. Denerwował mnie…
-Słuchaj, to nie twoja wina, zachowałam się głupio, przepraszam cię za to, ale nie mam ochoty niczego powtarzać, chcę zostać w domu- odpowiedziałam szybko, po czym jeszcze raz podziękowałam za miłe chęci i odłożyłam słuchawkę.
Położyłam się. Mamy nie było. Dawno już się zrobiło ciemno. Patrzyłam w sufit. Przypominałam sobie te piękne chwile spędzone z Kamilem….bo nawet te kłótnie wydawały mi się wtedy piękne. Minęło tyle miesięcy, a ja nadal pamiętałam jego każde słowo, wszystkie chwile spędzone z nim, jego gesty…dotyk. Tak mi go bardzo brakowało…jego bliskości, czułości, po prostu jego osoby. Tyle czasu bez niego, ja usychałam, dziwiłam się tylko, dlaczego ja jeszcze żyje…

by melcia | 2003-11-18 17:28:56 | skomentuj! (3)
21 października 2000r.
Siedziałam w pokoju przy biórku zapatrzona w fotografie…wiedziałam,że już tam nie będę bo życie nie jest filmem z happy endem.Mama kolejny raz załamała ręce na mój widok.
-Magdusiu kiedy ty w końcu zrozumiesz,że należy żyć dalej?- głos jej był smutny i bezradny…jak zwykle.
-Nigdy…-odpowiedziałam półgłosem
- A jak było z Bartkiem w kinie?-chyba czekała na to aż dodam jej nadzieji,że może jednak powoli zapomnę
- Dobrze- skłamałam,nie miałam ochoty na rozmowy- mogę zostac sama?
- Już idę- odpowiedziała wychodząc
Mama wyszła kręcąc bezradnie głowa i zamykając za sobą drzwi.Poczułam,że ja ranie.Ranię ją tak bardzo,że popada w swoją bezsilność.Słyszałam czasami jak rozmawiała ze znajoma.Obwiniała się,że jest złą matka,że nie potrafi sobie z tym poradzić,że nie potrafi pomóc mi dalej żyć…Cały czas miała takie smutne oczy i te usta…bez uśmiechu.Ona chyba nie potrafiła się śmiać…tak jak ja.Nie chciałam żeby tak było.Chciałam żeby była szczęsliwa.Nie rozumiałam tylko,że pogłębiając się w swoim bólu i tęsknocie do Kamila- niszcze ją.Dla matki to największy ból patrzyć jak jej dziecko cierpi.Dokładałam zmartwień nie tylko sobie,ale takrze mojej mamie…za co teraz jeszcze raz ją przepraszam.

by melcia | 2003-11-18 17:23:50 | skomentuj! (0)
20 października 2000r.

Nie wiem, jakim sposobem udało się Bartkowi wyciągnąć mnie z domu do kina. Jeszcze jeden z tych synów mamy przyjaciółek. Miły,przystojny,wykształcony,tyle, że kompletnie nie dla mnie. Dla mnie był tylko Kamil. Zastanawiam się, co on chciał zyskać tym wyjściem. Pierwszy raz od tygodnia wyszłam z domu. Zapomniałam już jak wyglądają Krakowskie ulice….nie chciałam pamiętać. To wszystko stawało się jedna wielką obsesją. W każdej witrynie sklepowej widziałam odbicie Kamila, każdy chłopak podobnej postury wydawał mi się być nim. Bartek szedł koło mnie. Ja zatopiona we własnych myślach nie słuchałam go w ogóle…
- Może później pójdziemy jeszcze do jakiejś restauracji?- zapytał
-Słucham?- zapytałam, bo w ogóle nie usłyszałam jego pytania
-Pytam czy po kinie chciałabyś gdzieś jeszcze wyjść- powtórzył i przytulił mnie do siebie
- Słuchaj-ciągnął dalej-zaprosiłem cię do kina, bo widzę, w jakim jesteś stanie,zrozum,że życie toczy się dalej,jest wiele ludzi, dla których jesteś ogromnie ważna,a jednym z nich jestem ja.
Popatrzyłam na niego i zrobiło mi się niedobrze. Ścisnęło mnie coś w żołądku i nie mogłam nic powiedzieć. Zamknęłam oczy i myślałam, że to Kamil, dopiero po chwili doszło do mnie, że jestem przytulona do Bartka. Wyrwałam się i uciekłam. Biegłam,a za mną słyszałam głos:
-Czekaj, przecież nie chciałem cię urazic! Magda!-…nie zaczekałam.

by melcia | 2003-10-02 16:30:37 | skomentuj! (3)
Październik 2000r.


Nie…nie mogłam sama siebie okłamywać,ze potrafiłam żyć.Tyle czasu minęło,od tylu ludzi usłyszałam zdanie „życie toczy się dalej”…dla mnie się nie toczyło.Czy to tak trudno zrozumieć,że jeśli odda się komuś całe zycie,a ta osoba odejdzie,to odchodzi wraz z tym co od nas otrzymała?Nie rozumiałam ani siebie ani ludzi…nawet własnej matki.Na siłe próbowała mnie uszczęśliwić.Zapraszała moje koleżanki,poznawała z synami swoich przyjaciółek.Widocznie nie rozumiała,że w ten sposób jeszcze bardziej mnie rani.Zdjęcie Kamila stało w ramce która miała kształt serca na moim biórku,inne pod poduszką w moim łóżku…na półce zdjecie ze wspólnych wakacji-ja i on na molo.Oby dwoje tacy uśmiechnięci,szcześliwi,pełni planów na przyszłość.Wspomnienia kreciły się jak jakies drapieżne zwierze na nowo otwierając wszystkie rany…wiedziałam że dłużej nie wytrzymam.Zatapiałam się w bólu,bo to było łatwiejsze niż się z niego wydostać…straciłam nadzieje na przyszłość,na lepsze jutro,a wreście na to że jeszcze mam po co i dla kogo żyć….

by melcia | 2003-09-28 16:36:32 | skomentuj! (1)
WRZESIEN 2000r


Siedem miesięcy minęło od czasu kiedy pozegnałam Kamila na zawsze...pożegnałam,ale tylko w taki sposób w jaki musiałam.On i tak jest w moim sercu i nigdy go nie opuści.Cieszyłam się szczesciem Kaśki.Urodziła ślicznego chlopczyka.Patrzac na niego przypominałam sobie o Marcinie.Miałam nadzieje,że wyrośnie na równie dobrego człowieka jakim był jego ojciec.Kaśka pozbierała się po jego śmierci,teraz całe zycie poświęca Mateuszkowi.Kocha go podwójnie mocno-za siebie i Marcina...Nie wiedziałam czy Kaska zdecyduje się ułożyć sobie życie z kimś innym,ale wiedziałam na pewno,że Mateuszek będzie wiedział wszystko o swoim tacie.Pomagałam jej przy nim,a on pomagał mi.Żałuje tylko,że ja nie miałam takiego szcześcia jak Kaśka.Bo dziecko to największe szczeście jakie może spotkac człowieka.

Siedziałam czasami i myślałam,że nieumiem ułożyć sobie życia.Czesto przesiadywałam na cmętarzu.Wszedzie czułam obecność Kamila.Czasami bezsilnie rzucałam czymś o ściane i płakałam,płakałam z bezsilnosci.Teraz nienawidze słów "Nic nas nie rozłaczy".Modliłam się żeby Bóg zabrał mnie już ze sobą.Moje serce biło tylko dla niego...wtedy mogło juz skończyć,bo przeciez jego nie było...

by melcia | 2003-08-07 12:53:12 | skomentuj! (5)
No i po co mi to było?:(
Dawno nie pisałam,nie byłam w stanie.Popełniłam wielki bład zaczynając w ogóle pisać tego bloga.To wszystko wróciło...od nowa przeżyłam śmierć Kamila,a już myślałam,że się z tego podniosłam w końcu mineły ponad 3 lata.Niestety to ciągle siedzi we mnie i wychodzi za każdym razem kiedy o tym pomyśle.Wiem,że musze go skończyć...lekarz kazał mi przestać,ale ja wiem,że jeśli doprowadze to do końca,będzie mi lżej.
Jedno zdanie do Agi:"To co nas nie zabija,wzmacnia nas"...pamiętaj o tym.
by melcia | 2003-06-27 12:49:52 | skomentuj! (6)
Dla Kamila i Damiana...
Czy wy wiecie jak to jest kiedy odchodzi ukochana osoba?Wiecie jak wtedy boli serce,głowa,świat się zapada,a z oczu bezradnie płyną łzy?Gdy się kogoś kocha,a on cię zostawia?Kiedy zostają wspomnienia niepozwalające żyć,bo wiemy,że wszystkie piękne chwile już nie powróca. Chce sie wtedy ją przytulić,wtedy najbardziej potrzebujemy tej osoby.Wiemy,że nasz świat bez niej nic już nie znaczy...jesteśmy sami,bez żadnych szans na rozpoczęcie normalnego życia.Nic już nie jest takie jak było wcześniej.Ból,gniew,rozpacz...to wszystko wyniszcza nas od środka,a my...my nie możemy na to nic poradzić.To co wydawało się wspaniała bajką staje się koszmarem...tylko że z niego nie można się obudzić.
"Śpieszmy się kochac ludzi tak szybko odchodzą i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą"
P.S Kamil odszedł na zawsze,Damian chodź nie odszedł,jednak pewnie nie wróci.Ta notka jest nie tylko o moich uczuciach związanych ze śmiercią Kamila,ale także o uczuciach dziewczyny,która została bez kogoś kogo kocha najbardziej na świecie...
by melcia | 2003-05-31 21:58:26 | skomentuj! (10)

księga gości


2004
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec


***Warto zajrzeć***
Widzę-cię-przez-łzy
JegoŚmierć...(blog szczególnie mi bliski)
ZakazanaMiłość
Jej wędrówka
eutanazja...
Nocny Anioł
weronika nie chce umrzeć
zapach błekitu
authorka
samotny
..:::Black...:::...
..:::Blask:::..
..:::Zapach fioletu:::..

***oni odeszli***
..:::pamiętnik zmarłego:::..


blog.pl